Dokładnie 45 lat temu, w nocy z 5/6 października 1971 roku, Jerzy Kowalczyk – pracownik naukowy Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, przy pomocy swojego brata Ryszarda, dokonują wysadzenia auli WSP, w której dzień później ma się odbyć gala honorująca opolskich milicjantów biorących udział w pacyfikacji wydarzeń na wybrzeżu.

O przygotowaniach do wysadzenia auli opolskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, śledztwie, procesie, więzieniu i konsekwencjach jakie poniosła jego rodzina rozmawiamy z Ryszardem Kowalczykiem.

– Jak to się stało, że bracia Kowalczykowie przyjechali z Mazowsza do Opola?

– Starałem się dostać na fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, zdałem egzamin, ale ponieważ otrzymałem wilczy bilet wroga ludu pracującego miast i wsi ze szkoły średniej, nigdzie mnie nie chcieli przyjąć na studia.

– Za co był ten wilczy bilet?

– To było w klasie maturalnej. Dostaliśmy od dyrektora liceum stare radio lampowe na części dla kółka fizycznego, ale udało się je nam uruchomić i słuchaliśmy w internacie BBC i Radia Wolna Europa. Jeden z kolegów poszedł do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i doniósł, że szerzę wrogą propagandę. Zostałem zawieszony na miesiąc w prawach ucznia, a na UB zostałem po bity tak, że przez dwa miesiące nie mogłem zdejmować koszuli.

Zdałem maturę i egzamin na fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, ale z powodu wilczego biletu mnie nie przyjęto i na dwa lata trafiłem do brygad elektryfikujących Mazowsze i Podlasie. Kiedyś przyjechałem do domu, a mama mi pokazała artykuł, że w Opolu jeszcze przyjmują na fizykę. Wsiadłem w pociąg i stojąc całą noc w zatłoczonym wagonie dojechałem do Opola.

W 1963 obroniłem pracę magisterską, która zajęła drugie miejsce w ogólnopolskim konkursie prac magisterskich, w związku z tym zaproponowano mi asystenturę, potem zostałem starszym asystentem, w 1970 r. obroniłem pracę doktorską na Uniwersytecie Wrocławskim z wynikiem bardzo dobrym i wnioskiem o nagrodę Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Mój brat, człowiek bardzo zdolny wszedł w jawny konflikt z kierownikiem szkoły podstawowej w Rząśniku, skończył zawodówkę, służył w lotnictwie jako mechanik, gdzie poznano się na jego wiedzy technicznej, pomysłowości i umiejętnościach, toteż zaproponowano mu pozostanie w wojsku, ale on nie chciał. Przyjechał do mnie i rozpoczął pracę na stanowisku pracownika technicznego w Instytucie Fizyki opolskiej WSP.

– Wysadzenie auli to był jego pomysł?

– Trudno mi to teraz rozstrzygnąć, ale najprawdopodobniej tak. Zaczęło się od tego, że jako pracownik naukowy WSP musiałem bywać na różnego rodzaju oficjalnych akademiach i spotkaniach władz uczelni z różnymi dygnitarzami. Strasznie mnie denerwowała dwulicowość nauczycieli akademickich, był ogromny rozdźwięk między tym co mówili prywatnie, a tym jak zachowywali się oficjalnie.

W auli WSP odbywały się zjazdy partyjne dygnitarzy z całego województwa, a milicjanci co roku na początku października obchodzili swoje święto. Jurek wpadł na pomysł, żeby jakoś ośmieszyć uczestników takich uroczystości. Początkowo miała to być wyskakująca z sufitu na uwięzi petarda, która eksplodując obsypałaby zebranych sadzą albo farbą. W tym celu Jurek zaczął penetrować pomieszczenia wokół auli. Chodził tam po nocach. Ostatecznie jednak stwierdził, że nie da się zrealizować tego pomysłu, więc zaczął szukać jakiegoś wywietrznika w ścianie albo kanałów pod podłogą auli. Tak trafił na przebiegający pod nią tunel ciepłowniczy.

– Wtedy dowiedzieliście się o wydarzeniach na Wybrzeżu?

– Tak, znaliśmy prawdę z audycji Radia Wolna Europa. Ja i Jurek należymy do pokolenia, które pamięta te wszystkie akcje bezpieki, obławy KBW, długie więzienia. W Poznaniu w 1956 r. protestujący mieli na transparentach hasła, że żądają chleba, a tu Polacy strzelają do głodnych Polaków i to za nasze pieniądze. Nie potrafiliśmy się z tym pogodzić. Może by się to wszystko zakończyło na petardzie, bo było to bliskie realizacji, ale dowiedzieliśmy się, że z całą pewnością będą tam nagradzani ci, co pacyfikowali Wybrzeże. Jurek wtedy postanowił, że zniszczy tę salę, że nie dopuści do tej maskarady i cynizmu wobec zabitych.

– Zdawaliście sobie sprawę z grożących konsekwencji?

– Zdawaliśmy sobie sprawę, ale zawsze w człowieku jest jakaś walka motywów, kładzie się je na szalach rozważając decyzję. Wtedy wydawało nam się, że tak trzeba zrobić. Właściwie to wszystko zrobił Jurek, ja nie przyłożyłem do tego ręki, co nie znaczy, że nie ponoszę odpowiedzialności, bo o wszystkim wiedziałem i wspierałem go pomysłami, obliczeniami, częściami itd. To był dla mnie dylemat, bo to było miejsce, gdzie skończyłem studia…

– Bomba wybuchła w nocy, to było zamierzone?

– Jurek sam podjął decyzję kiedy to zrobi. Nie chciał dopuścić do akademii, która miała się odbyć 6 października, więc w nocy z 5 na 6 odpalił ten ładunek.

Jakie były reakcje na uczelni 6 października?

– Były różne teorie, że samolot zrzucił bombę, że gaz eksplodował… Szybko jednak służby dochodzeniowe stwierdziły, że to był zamach.

– Szybko do was dotarli?

– W działalności człowieka nie ma rzeczy idealnych. Jurek przeprowadził przewód elektryczny z warsztatu gdzie pracował do kanału, w którym założył ładunek wybuchowy. W nocy obszedł uczelnię i stwierdził, że nikogo nie ma, wrócił do warsztatu, podłączył do przewodów baterię uruchamiając zdalnie mechanizm zegarowy. Miał ten przewód po uruchomieniu spustu wyciągnąć z kanału, ale druty się gdzieś zakleszczyły i się to nie powiodło. W ostatnich sekundach przed wybuchem zaczął uciekać. Podmuch go przewrócił, obok niego przeleciała żeliwna klapa włazu do kanału, na szczęście go ominęła. Niestety śledczy znaleźli te nietypowe przewody i w ten sposób zawęzili grono podejrzanych. Kiedy już śledztwo się zakończyło jeden taki oficer-sadysta powiedział mi, że wojsko na poligonie zużyło 5,5 t trotylu, żeby wysadzać aule, które budowali razem z piwnicami, żeby zrekonstruować tę eksplozję. To było śledztwo, które objęło cały kraj, kontrolowano wszystkie zakłady, w których były materiały wybuchowe.

– A skąd były materiały wybuchowe pod aulą?

– Ze składu bomb pozostawionego przez Rosjan koło polowego lotniska w czasie wojny w okolicach naszej rodzinnej wsi. Jurek przywiózł 80 kg trotylu z bomb i 40 kg metylonaftalenu do zapłonu.

– Jak wyglądało śledztwo?

– Najpierw trzymali nas na Powolnego w Opolu, a potem przewieźli nas do Warszawy na Rakowiecką. Zamknęli nas tego samego dnia. Wyglądało na to, że coś wiedzieli. My z bratem nie mieliśmy możliwości porozumiewania się ani w śledztwie, ani w trakcie procesu.

– Bili was w czasie śledztwa?

– Fizycznie mnie nie bili, ale byłem trzymany w celi, gdzie obok chodził potężny wentylator i unosił się okropny smród. Siedząc w tej celi przez tydzień nie spałem, a od siedzenia na krześle podczas przesłuchań przetarłem trzy pary portek. Kazali mi siadać w rogu sali przesłuchań, gdzie prawdopodobnie stosowali wobec mnie infradźwięki, bo gdy tylko tam siadałem zaraz zaczynało mi rozsadzać głowę. Nie mówiąc o tym, że jakieś paskudztwa musieli dodawać do jedzenia, bo dwóch-trzech tygodni na Rakowieckiej w ogóle nie pamiętam, za to pamiętam uczucie euforii jakie mi tam czasami towarzyszyło, jakieś pobudzenie nie do opisania. A przecież jeść musiałem.

– Miał pan jakąś swoją taktykę zachowania w procesie?

– Kluczyłem, żeby od razu ich nie naprowadzać, ale po czasie zrozumiałem, że nie miałem w tym doświadczenia. W więzieniu w Barczewie był ze mną Andrzej Czuma. Jego brat Benedykt powiedział mi, że kiedy go aresztowali to on im nawet nie podał swojego nazwiska i imienia. Nic nie mówił. Ja rozważałem taką taktykę, ale za taką taktyką szło podejrzenie, że coś musiałem mieć wspólnego. Dziś wiem, że należało mówić „jestem nie winny, proszę mnie wypuścić” i nic więcej. Ale oni mieli tyle sposobów nękania człowieka: niespanie przez wiele dni, dawali do celi ludzi, którzy ciągle tylko opowiadali o przesłuchaniach i egzekucjach, podłe jedzenie. Dziś wiem, że trzeba było milczeć, nawet gdyby człowiek miał odsiedzieć te 10 lat w śledztwie.

– Kiedy pana aresztowali miał pan już rodzinę… Co się z nimi wtedy stało?

– Tak, miałem już żonę i córkę. Dopiero po rozprawie pozwolono mi na krótkie widzenie z żoną. Tak zwani moi koledzy odwrócili się prawie wszyscy od niej, załatwili, żeby odebrać jej mieszkanie w domu asystenta. Pracowała w średniej szkole, to ją przenieśli na świetliczankę do szkoły specjalnej.

– Kiedy pierwszy raz po tym wszystkim miał pan okazję rozmawiać pierwszy raz z bratem?

– Przyjechałem do niego na widzenie, kiedy mnie wypuścili w 1983 r. Czyniłem wszystko co w mojej mocy, żeby on też wyszedł. Bardzo nam w tym pomogła opolska Kuria i arcybiskup Nossol. Poproszono mnie do Kurii, gdzie doradcą był mecenas Gutowicz. Na jego prośbę napisałem bardzo długi list – prośbę o ułaskawienie. Mecenas to przeredagował, a biskup Wieczorek, który teraz jest w Gliwicach zajął się tą sprawą. Procedura ułaskawienia miała taką kolejność: sąd, który skazywał powinien wydać pozytywną opinię o skazanym, następnie zakład karny, a potem sąd najwyższy i na koniec rada państwa. Wiem, że Kuria wiele uczyniła, żeby opinia sądu wojewódzkiego i zakładu karnego w Strzelcach Opolskich była pozytywna. W końcu się udało i Jurek wyszedł.

– Jakie były wtedy wasze relacje?

– Człowiek nie dopuszcza myśli o własnych błędach. Każdy z nas popełnił takie błędy. Czy one doprowadziły do wykrycia naszego udziału? Z mojej strony uważam, że nie. Po latach dowiedziałem się, że w życiu Jurka pojawiła się dziewczyna – współpracowniczka SB. Nie wiem dokładnie jaką rolę odegrała w sprawie, wiem jednak, że Jurek nic jej nie zdradził. Początkowo były jakieś drobne żale, typu „nie powinieneś im tego mówić” itd. ale doszliśmy do zgody. Napisałem do niego długi list, który mam nadzieję rozwiał wątpliwości.

Bardzo mi go żal, bo on ma zrujnowane życie. Nie założył rodziny. Ktoś kto przesiedział tyle lat w więzieniu, często chce odseparować się od ludzi i on taką drogę wybrał. Nawet nie wybudował tam porządnego domu. Żyje z prac dorywczych i sezonowych. Ja miałem szczęście, mi udało się ostatecznie wrócić na uczelnię. Zostałem ponownie mianowany adiunktem i wykładałem swoją ukochaną fizykę, i przeszedłem na emeryturę jako…

– Naukowiec…

– Mój profesor zawsze mówił, że uczony to jest badacz, a nie naukowiec, ale mniejsza o semantykę.

– Czy z perspektywy czasu, dziś mając te doświadczenia odradzałby pan bratu wysadzenie auli?

– Gdyby się cofnąć do tamtych czasów, z tamtą świadomością trzeba było podjąć taką decyzję, jaką podjęliśmy.

– Żałuje pan tego?

– Nie żałuję. Jeżeli to tylko w kategoriach cierpień jakie poniosła moja rodzina. Mówię sobie: mogłeś się nie angażować, ale wiem też, że nie powstrzymałbym brata. Mam tego świadomość.

– Może nie czuje się pan odpowiedzialny za czyn brata?

– Czuję się odpowiedzialny, bo akceptowałem działania brata i doradzałem mu. Omawialiśmy praktyczną stronę zagadnienia, obliczałem mu zmiany ciśnienia w zależności od odległości od miejsca wybuchu, dostarczałem brakujących części do budowy zapalnika. Jednak zdaję sobie sprawę, że ja sam nie byłbym w stanie zrobić czegoś takiego, przy całej mojej odrazie do tego systemu. Jurek spędził na przygotowaniach dziesiątki godzin, wielokrotnie czołgał się tunelami ciepłowniczymi, gdzie atakowały go szczury. Dostawał się do tego tunelu przez garaż rektora Romanowicza. Odsuwał tam płytę w podłodze i wchodził do kanału. Raz się zdarzyło, że pan rektor wjechał do garażu i płyty nie da się podnieść, musiał czekać pół doby czy więcej aż pan rektor wyjedzie. Oceniam go bardzo wysoko, jako człowiek na kierowniczym stanowisku zaszedłby bardzo wysoko i ze swoimi zdolnościami mógłby wiele osiągnąć.

– Proszę powiedzieć jakie konsekwencje poniosła pana rodzina?

– Cała rodzina była represjonowana. Siostra była brygadzistką w zakładach obuwniczych w Krapkowicach, po naszym aresztowaniu została zwolniona i nie mogła nigdzie znaleźć pracy więc wyjechała na stałe do Niemiec. Młodszy brat Narcyz pracował jako nauczyciel w wiejskiej szkole na Mazowszu, tak samo został zwolniony. Kolejny brat Zbigniew pracował jako kierowca i też go zwolnili. Jak Gierek miał odwiedzić pobliski PGR to całą naszą rodzinę wywieziono na komendę milicji w Ostrołęce i zwolniono po 24 godzinach i kazano wracać na własny koszt. W czasie śledztwa było u rodziców z 10 rewizji, wzywano ich też wiele razy do Warszawy na Rakowiecką. Dopiero w więzieniu uświadomiłem sobie, że będę musiał te 25 lat odsiedzieć, nie potrafię teraz opisać swoich ówczesnych uczuć. Co noc mi się śni ten kryminał, że zamknęli mnie ponownie, że nikt mnie już nie odwiedza…

Niedawno przeczytałem w gazecie, że jakaś pani napisała książkę, w której zamieściła 12 wywiadów z odsiadującymi wyroki przestępcami. Była w Opolu na spotkaniu autorskim i podpisywała tę książkę. W konkluzji napisała, że ci ludzie są bardzo nieszczęśliwi. Powiem panu z kim dzieliłem celę wychodząc z Barczewa w 1983 r.: Marek Ł. chłopak z Ostrołęki, zamordował i zgwałcił ośmioletnią dziewczynkę. Jedyne czego żałował, to że nie ukatrupił jakiegoś faceta co go widział. Gienek S., pracownik budowlany – siedział z kolegami na budowie i kiedy przechodziła jakaś kobieta w ciąży, zaczęły się wulgarne żarty, ona coś odpowiedziała, on się zdenerwował i rozwalił jej głowę łomem. Najchętniej opowiadał o tym jak rozprysnął się mózg tej kobiety. Janek J. z moich stron koło Wyszkowa zamordował sąsiada, który wracał z targu po sprzedaży konia, też żałował tylko, że nie dobił jakiegoś świadka. I jeszcze jeden Staszek M. Miał żonę ale i kochankę. Gdy ta zaszła w ciążę i była już w dziewiątym miesiącu zawiózł ją do lasu i młotkiem roztrzaskał głowę, potem wrzucił do studni. Ktoś go zauważył i dlatego trafił do więzienia. Jego jedynym marzeniem było po wyjściu z więzienia upozorować swoje utonięcie w jeziorze, ukrycie się w ziemiance w lesie, porwanie teściowej i wybicie jej zębów, żeby w bezpieczny dla niego sposób spełniała jego seksualne zachcianki. To są ci nieszczęśliwi ludzie. Każdy ponosi konsekwencje swoich uczynków.

Pytał Bolesław Bezeg

Ten i inne teksty o braciach Kowalczykach w Kwartalnik „Historia Lokalna”.