Podczas gromadzenia wyników światowych badań nad dźwiękami niskiej częstotliwości i ich wpływem na zdrowie, mój umysł i cały organizm musiały zmagać się z takimi właśnie falami akustycznymi. Dlatego proszę o wybaczenie, jeżeli jakość tego opracowania odbiega od oczekiwań Czytelnika.

„Walczymy często z wiatrakami, śpiewając Don Kichota pieśń” (Tadeusz Olsza)

Fale niskoczęstotliwościowe wypłynęły w debacie publicznej w najmniej oczekiwanym kontekście.

„Kiedy hałas pojawi się w twojej głowie, wydaje się pulsować z częstotliwością serca, co wyjątkowo drażni i uniemożliwia sen, często przez wiele nocy z rzędu. Nie powoduje tego poziom hałasu, tylko jego okresowy charakter. Kiedy już myślisz, że się skończyło, znowu się zaczyna”.

„Gdy hałas jest duży, budzę się z bólem głowy i mdłościami”.

„Nie mamy już wpływu na nasze życie, np. nie możemy pracować czy siedzieć w ogrodzie, a czasami nie możemy nawet wytrzymać w domu czy wyspać się w nocy”.

„To prawie uczucie miażdżenia, równie silne jak hałas. Musiałem przenieść sypialnię do innego pokoju, aby uciec od hałasu. Ten hałas odciska piętno, po całym dniu w ogrodzie hałas zostaje w tobie, a kiedy już zadomowi się w twojej głowie, nie możesz się go pozbyć. Niesamowite uczucie hałasu. To tortura”.

Oto zebrane wypowiedzi Brytyjczyków mieszkających w sąsiedztwie turbin wiatrowych. Wynika z nich, że najgorsze w hałasie niskoczęstotliwościowym jest to, że uniemożliwia on normalne funkcjonowanie. Jego uporczywość, powtarzalność i nieuchronność mają większe znaczenie niż jego natężenie. Jego natura jest ukryta, bo mimo iż znaczna jego część pozostaje nieuchwytna dla ucha, odciska piętno na zdrowiu psychofizycznym.

Hałasu niskoczęstotliwościowego nie da się zagłuszyć innym źródłem dźwięku, bo nastąpi tylko nałożenie się kolejnych fal akustycznych. Nie pomagają stopery. Jest to bardziej odczucie niż dźwięk: czuje się to w głowie, kręgosłupie, klatce piersiowej. Brak koncentracji i wypoczynku może się stać przyczyną utraty pracy, a „nawiedzony” hałasem dom traci na wartości rynkowej. Co najdziwniejsze, część populacji miejscowości, z których pochodzili badani, zeznaje, ze zupełnie nie odczuwa dyskomfortu, co oczywiście nie znaczy, że ich ciała i umysły pozostają poza wpływem fal.

Przykłady powyższych wypowiedzi pochodzą z publikacji „Turbiny wiatrowe, hałas i zdrowie” Amandy Harry, doktor nauk medycznych z Wielkiej Brytanii. To na podstawie takich kompilacji badań i wywiadów podjęto decyzję o wycofaniu się z propagowania elektrowni wiatrowych w Polsce. Czy z równym poświęceniem będzie się eliminować także te źródła fal akustycznych w niskich częstotliwościach, które w odróżnieniu od turbin wiatrowych niczego pozytywnego nie wnoszą dla czystej energetyki ani dla żadnej sfery życia?

„Silne drżenie w fale się zamienia” (Skazani)

Fala akustyczna kojarzy nam się z decybelami. Błędem jest jednak ograniczanie badania do samych wartości natężenia. W rzeczywistości, fale akustyczne musimy rozpatrywać w układzie współrzędnych dwóch osi – natężenia w odniesieniu do częstotliwości. Badając wpływ fal akustycznych na organizm, musimy jeszcze uwzględnić czas, bowiem inny wpływ będą miały jednorazowe uderzenia, inny – regularne ekspozycje, a jeszcze inny – ekspozycje długotrwałe. Bardzo niekorzystne jest przesunięcie widma akustycznego, zarówno w stronę wybitnie wysokich, jak i wybitnie niskich częstotliwości.

Nasz zmysł słuchu jest najbardziej wrażliwy na dźwięki 1.000-10.000 Hz (choć różne źródła podają nieco rozbieżne zakresy). Takie właśnie fale akustyczne są objęte obecnymi normami i środkami ochronnymi. Dźwięki z zakresu 20-500 Hz, czyli dźwięki niskoczęstotliwościowe (w skrócie LFN), także są odczuwalne, ale przy wyższym natężeniu. Część ludzkiej populacji nie słyszy jeszcze niższych dźwięków, takich poniżej 16 lub 20 Hz, zwanych infradźwiękami. Jednak przy odpowiednio dużych natężeniach i one są odczuwalne. Fala infradźwiękowa przypomina wibrację, puls, parcie. Jest pozbawiona tonalności, czyli „melodii”, którą utożsamiamy z dźwiękiem.

Uczony Robert Koch przedstawiał hałas jako przyszłe zagrożenie porównywalne z dżumą i cholerą, a futurysta Luigi Russolo obwieścił triumf i suwerenne panowanie hałasu nad wrażliwością ludzi. Niestety, mylne jest mniemanie, że fala akustyczna, której się nie słyszy, nie mogłaby być szkodliwa. Hałas w poszczególnych pasmach ma po prostu inne właściwości i wywołuje inne efekty. Skutkami fal LFN mogą być nieodwracane zmiany w narządach wewnętrznych. Dlatego bardzo zwodnicze są normy, które zezwalają na wybudowanie drogi samochodowej na podstawie wyników badań wyłącznie w paśmie A, czyli w obszarze dźwięków takich jak śmiech dziecka albo ćwierkanie ptaków, przy jednoczesnym zlekceważeniu większości niskich fal emitowanych przez motoryzację. Przy wyznaczaniu nowych dróg lub rozbudowie istniejących sensowne byłoby badanie hałasu z zakresu C albo G, a nie tylko A.

„Po wielkiemu cichu” (Grzegorz Turnau)

Prof. dr Martin van den Berg z holenderskiego Ministerstwa Środowiska w swym raporcie „Wpływ hałasu niskoczęstotliwościowego na zdrowie i samopoczucie” argumentuje, że właśnie te fale, które są powszechnie ignorowane w badaniach, mają największą moc. Podaje przykład organów kościelnych, w których piszczałki wydające najniższy ton bywają tak wielkie, że zmieści się w nich człowiek. Fale te łatwiej się rozprzestrzeniają i przenikają grube mury.

W pomiarach mających znaczenie dla naszego zdrowia, pomijanie fal spoza zakresu A jest więc niedopuszczalne, zwłaszcza jeśli w danym miejscu częstotliwości fal rozkładają się nierównomiernie z przewagą niskich. Sprawę komplikuje to, że wrażliwość na niskie częstotliwości jest cechą osobniczą. W takich warunkach trudno liczyć na jednogłośną reakcję danej społeczności. Niektórzy pozostaną bierni z tego tytułu, że nie czują „na skórze” niszczących ich ciała fal. Inni będą świadomi, ale nie znalazłszy oparcia w przepisach i normach, uznają samych siebie za przewrażliwionych. Jeszcze inni poddadzą się, bo wolą płacić zdrowiem niż narazić się na reperkusje z tytułu odwagi cywilnej.

„Gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów” (Perfect)

Dr Geoff Leventhall w obszernym “Przeglądzie opublikowanych badań dotyczących intensywnego hałasu niskoczęstotliwościowego I jego wpływu” z 2003 r. doszedł do podobnych wniosków jak prof. van der Berg. Badaczowi temu w późniejszych latach kariery naukowej zarzucano pomniejszanie wpływu LFN pochodzącego z nowoczesnych turbin wiatrowych na zdrowie, a wręcz uznanie LFN za założenie popularnonaukowe (Kaye Johnson, dr Calvin Luther Martin). We wspomnianej publikacji przytacza on jednak wiele zdań świadczących o tym, że WHO uznaje dowody wpływu LFN na zdrowie za wystarczające, żeby uznać je za faktyczny czynnik chorobotwórczy. WHO również optuje za badaniem pełnego spektrum fal.

Wiemy z opracowania prof. van der Berga, że fale w niskich częstotliwościach ulegają osłabieniu w mniejszym stopniu niż dobrze słyszalne dźwięki. Dr Leventhall też oznajmił, że absorpcja wymaga ścian o grubości ok. ¼ długości fali. Oznacza to czasem kilkanaście metrów – stąd nieskuteczność tradycyjnych ekranów dźwiękoszczelnych dla niższych częstotliwości. Za to możliwe jest negatywne zjawisko rezonansu w pokoju o niekorzystnych rozmiarach.

Wrażliwość osobnicza jest faktem, choć należy podkreślić, że największe znaczenie przy dźwiękach w niższych częstotliwościach ma m.in. wiek. Kobiety z reguły są bardziej wrażliwe na dźwięk. Oprócz tego, reakcja na dźwięk ma też związek z doświadczeniem i z oczekiwaniami danej osoby. Istnieje hipoteza dotycząca związku między elektrowrażliwością a wrażliwością na „szum”.

„Wszystko drży i przeszkadza mi śmiech” (Myslovitz)

O znaczeniu wrażliwości osobniczej w środowisku LFN piszą także Dr.-Ing. Joachim Feldmann i PD Dr. Frank-Albert Pitten w artykule z roku 2004 „Wpływ hałasu niskoczęstotliwościowego na człowieka”. Przytaczają badania LFN w domu usytuowanym niedaleko ciepłowni, którego mieszkańcy mocniej niż inni ludzie w tej miejscowości odczuwali wahania ciśnienia i inne niekorzystne efekty przypisywane pracującej ciepłowni.

Psychiatra, któremu nie wyjaśniono kontekstu akustycznego dolegliwości odczuwanych przez badane małżeństwo, wykluczył problemy natury psychiatrycznej. Okazało się, że w domu swoich dalszych sąsiadów małżeństwo odczuwało mniej dolegliwości. Trzeba jednak podkreślić, że badanie to prowadzono na bardzo zawężonej grupie osób i miejsc.

O ile odczuwanie wpływu fal akustycznych nie wynika z problemów psychiatrycznych, o tyle zależność w drugą stronę – wywieranie wpływu przez fale akustyczne na stan zdrowia psychicznego – może mieć miejsce. Nie tylko zresztą psychicznego, ale także somatycznego, co potwierdzi niżej przedstawiona, niezwykle istotna spuścizna.

„Dobiega mnie jakaś muzyka – nie – to tylko w mej głowie szum” (Dżem)

W publikacji profesora medycyny z Uniwersytetu Lusofona w Lizbonie, pułkownika Nuno A.A. Castelo Branco pod tytułem „Hałas niskoczęstotliwościowy: istotny czynnik ryzyka w operacjach militarnych” z 2003 r., hałas ten traktowany jest wprost jako czynnik chorobotwórczy. Skutki są bardzo poważne i trwałe. Długotrwała ekspozycja na LFN powoduje VAD, czyli ogólnoustrojową chorobę wibroakustyczną, która na różnych etapach przejawia się różnymi nasilającymi się zespołami objawów.

Ten sam autor w artykule napisanym w 2007 r. wspólnie z prof. M. Alves-Pereirą pt. „Choroba wibroakustyczna: biologiczny wpływ infradźwięków i hałasu niskich częstotliwości wyjaśniony przez mechanotransdukcyjną sygnalizację komórkową” wymienia następujące etapy:

1) Etap łagodny – trwa od roku do 4 lat ekspozycji. Objawy: nieznaczne wahania nastroju, niestrawność i zgaga, infekcje gardła i jamy ustnej, zapalenie oskrzeli.

2) Etap umiarkowany – trwa od 4 do 10 lat. Objawy: bóle w klatce piersiowej, bóle pleców, wahania nastroju, zmęczenie, infekcje skóry (grzybicze, wirusowe i pasożytnicze), zapalenie śluzówki żołądka, zapalenie spojówek, krwawienie z dróg moczowych, alergie.

3) Etap ostry – trwa powyżej 10 lat ekspozycji; objawy: zaburzenia psychiatryczne, krwotoki, żylaki kończyn górnych i hemoroidy, wrzody dwunastnicy, spastyczne zapalenie okrężnicy, bóle głowy, intensywne bóle mięśni, pogorszenie ostrości widzenia, zaburzenia neurologiczne.

Badania EKG, rezonans magnetyczny mózgu i badania histologiczne pokazują znaczne zmiany strukturalne u osób dotkniętych VAD.

Ale to nie wszystko. Portugalski badacz w publikacji dla potrzeb wojska pisze o przedwczesnym starzeniu się mózgu, o zmianach patologicznych charakterystycznych dla choroby Alzheimera, demencji, stwardnienia rozsianego i AIDS. Występuje epilepsja u osób wcześniej zdrowych, niekontrolowane automatyczne działania o charakterze samobójczym (np. piloci pod wpływem długiej ekspozycji na LFN podchodzą do turbiny, która ich zasysa, i tak giną). Występują też: depresja, agresja, rozdrażnienie, nietolerancja na hałas, skłonność do uzależnienia od podobnego dźwięku (przykład. weteranów uwielbiających dyskoteki albo młodzieży dyskotekowej garnącej się do służby w armii), zaburzenia równowagi, odruch dłoniowo-bródkowy typowy dla rozlanego uszkodzenia mózgowia, stany zapalne krtani, zapalenie oskrzeli, płyn w jamie opłucnej, zgrubienie osierdzia, glejaki, guzy płuc, pęcherza, jelita, krtani, nerki, toczenie i inne choroby autoimmunologiczne.

Logicznym następstwem poznania tych niepokojących faktów jest zwrócenie się ku środkom ochrony słuchu. Niestety, okazuje się, że mechanicy i technicy lotniczy stosujący je mieli – paradoksalnie – poważniejsze objawy niż ci bez ochrony. To właśnie owe środki pozwalały ich użytkownikom przebywać dłużej w toksycznym środowisku i mieć mniejszą świadomość nieodwracalnych zmian we własnych organizmach.

Autor porównuje naturę LFN do promieniowania rentgenowskiego. Oczywiście, nie są to zjawiska tożsame, ale mają jedną podobną cechę. W obu przypadkach ciężką, ogólnoustrojową chorobę wywołują źródła niemal niedostrzegalne.

VAD może być chorobą zawodową, jednakże pojawia się w różnych grupach i warstwach społeczeństwa, także u dzieci. Ze względu na wywołaną nadwrażliwość na LFN, osoby dotknięte VAD mogą irracjonalnie reagować na miejski zgiełk, który pozostałym wydaje się znośny.

„Biorę ten pierwszy wdech jak trębacz pod Jerycho” (Miuosh)

Wykorzystanie fal akustycznych w wojskowości i policji nie jest nowym odkryciem. Istnieje rozpiętość kilku tysiącleci od starotestamentowych trąb Jerycha do akustycznych działek LRAD użytych po raz pierwszy w 2009 roku przeciwko demonstrantom podczas spotkania grupy G20 w Pittsburghu i w tym samym roku przez poławiaczy wielorybów przeciwko obrońcom tych zwierząt.

Dr Norm Broner w publikacji z 1978 roku pt. „Wpływ hałasu niskoczęstotliwościowego na ludzi” wymienia źródła, z których wynika, że podczas I wojny światowej stosowano fale niskoczęstotliwościowe do wykrywania wrogich dział, a podczas II wojny światowej badano wykorzystanie hałasu jako broni. O ile jednak trudno byłoby uzyskać i użytkować w tamtych czasach broń mogącą bezpośrednio powodować śmierć, np. poprzez rozerwanie płuc, o tyle można by było z pomocą fal akustycznych redukować opór podczas przesłuchania, generować stres w szeregach nieprzyjaciela, tworzyć barierę infradźwiękową, burzyć w sposób nagły wrogie struktury, kontrolować bunt, rozpraszać tłum lub stosować deprywację sensoryczną, czyli redukcję albo eliminację symulacji jednego lub kilku zmysłów.

Fale niskoczęstotliwościowe zajmują jednak szczególne miejsce: jest to potencjalnie broń łącząca skuteczność, masowość i nierozpoznawalność. Fale tego rodzaju są bowiem słabo odbierane zmysłami, trafiają do wielu obiektów jednocześnie, nie wyczerpują siły na obiektach ani na przeszkodach, a w dodatku wciąż mało o nich wiadomo – zwłaszcza wśród zwyczajnych ludzi.

Doniesień o broni psychotronicznej, w tym akustycznej, opierającej się na dźwiękach niskoczęstotliwościowych lub infradźwiękowych, jest wiele. Można też znaleźć doniesienia o niewiarygodnych torturach dźwiękowych w więzieniu Guantanamo. Trudno ostatecznie zweryfikować rzetelność źródeł tych informacji. Jednakże każdy, kto miał choć raz do czynienia z sąsiadem zza ściany uporczywie emitującym tzw. muzykę, wie, jaki ślad na psychice może pozostawić imisja fal akustycznych, zwłaszcza powtarzanych w pętli basów, pozostająca wciąż poza ścisłymi regulacjami prawnymi. Poszkodowanym w takim procederze łatwiej uwierzyć, że niewinnej muzyki można w świetle prawa użyć przeciwko bezbronnej ofierze.

Reasumując, LFN mogą być wykorzystywane jako niewidzialna i słabo poznana broń, której działanie jest na tyle okrężne, że sprawcom trudno udowodnić winę.

 „Głuchy jest los, nadaremnie wzywasz go” (VOX)

Mimo istnienia szeregu unijnych dyrektyw (głównie 2002/49/WE, obligującej do zmniejszenia poziomu hałasu, tworzenia map akustycznych i programów walki z hałasem) oraz krajowych ustaw, rozporządzeń i obwieszczeń, nie jesteśmy właściwie chronieni przed hałasem. Sytuacja ta wynika nie tylko z klimatu niewiedzy i przyzwolenia. To także kwestia jakości samych norm. Wydaje się aż nierealne, żeby w XXI wieku dopuszczano do uporczywej emisji hałasu silników, w tym diesla, w miejscach całodobowego przebywania ludzi. A jednak – pokutujące wśród planistów standardy oparte są na mnóstwie wzorów, wyliczeń, tabeli i wykresów, które wyglądają na uczone i precyzyjne. Ta „uczoność” maskuje jednak olbrzymią lukę prawną umożliwiającą emitowanie i umożliwianie emitowania najbardziej szkodliwych fal dźwiękowych właściwie bez ograniczeń. Jednym ze szkolnych błędów jest niepoprawny optymizm, niepoparty faktycznymi tendencjami. Przykładowo, przy projektowaniu dróg zakłada się, że w 2030 roku wszyscy będą jeździć wyłącznie cichymi pojazdami i nikt nie będzie sobie wcale urządzać wyścigów ulicznych.

Niewiele pomaga nam również Kodeks cywilny. Co prawda istnieje kilka artykułów, które pomagają nam walczyć z imisją, także akustyczną, niemniej jednak przepisy te nie są precyzyjne. Art. 23 i 24 dotyczą ochrony dóbr osobistych, natomiast Art. 222 w związku z Art. 144 – naruszenia własności, konkretnie zakłócania korzystania z nieruchomości ponad przeciętną miarę.

Prawo pracy sztywno reguluje wartości natężeń i maksymalny czas ekspozycji. Istnieją nawet normy regulujące hałas infradźwiękowy ( ISO 7196, ISO 9612 i PN-Z-01338). Jednakże znów mamy do czynienia z dość wyśrubowanymi i odrealnionymi standardami.

„Ruszam w drogę maszyną jak smok” (Gang Marcela)

Hałas drogowy jest jednym z głównych problemów, zwłaszcza w miastach, gdzie nie da się precyzyjnie przewidzieć rozwoju sytuacji. Cenna publikacja mgr. inż. Pawła Gierasimiuka i mgr. inż. Marka Motylewicza „Hałas w otoczeniu dróg i ulic – problemy oceny i działania ochronne” podkreśla, że problemem miast jest nie tylko natężenie ruchu, ale także rozrost sieci dróg i przybliżanie jej do linii zabudowy. Za jeden z kluczowych problemów autorzy uznają „brak właściwej hierarchizacji sieci drogowej i za późno dostrzeżony problem regulacji dostępności – duża część dróg krajowych przechodzi przez miejscowości w sąsiedztwie gęstej zabudowy mieszkaniowej, przenosząc zarówno ruch zewnętrzny (w tym tranzytowy ruch pojazdów ciężarowych) jak również ruch lokalny”.

W Prawie o ruchu drogowym (Art. 60. 1. 2) zabrania się: „używania pojazdu w sposób powodujący uciążliwości związane z nadmierną emisją spalin do środowiska lub nadmiernym hałasem”. Problem w tym, że przepisy szczegółowe znów odnoszą nas do „norm”, które każdemu samochodowi dość łatwo spełnić.

Przykładowo, Rozporządzenie Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej z dnia 26 czerwca 2012 r. w sprawie zakresu i sposobu przeprowadzania badań technicznych pojazdów oraz wzorów dokumentów stosowanych przy tych badaniach nakazuje najpierw sprawdzić organoleptycznie – czyli „na wzrok” i „na słuch” – czy zachodzi podejrzenie, że pojazd emituje nadmierny hałas w wyniku m.in. nieszczelnego układu wydechowego. Dopiero wówczas można zastosować badanie miernikiem. Jednakże już można zauważyć, że badanie „na słuch” inaczej przeprowadzi diagnosta nieczuły na LFN, a inaczej taki, który sam w środowisku LFN przechodzi niewyobrażalne cierpienia.

Jeśli przynajmniej nie zawiedzie wzrok diagnosty podczas oględzin układu wydechowego i jeśli dojdzie w ogóle do etapu drugiego, to trzeba z przykrością przyjąć, że „kontrola polega na pomiarze poziomu hałasu zewnętrznego miernikiem poziomu dźwięku na krzywej korekcyjnej A i dla stałej czasowej miernika F (Fast – szybko)”. Czym jest krzywa korekcyjna A i jak się ona ma do hałasu emitowanego przez motoryzację, już wiemy. Do tego dochodzi nieprecyzyjnie sformułowany wymóg badania w odpowiednich warunkach pogodowych. Zapis ten otwiera furtkę dla odwołań od wyników. Inne wymogi w odniesieniu do warunków pomiaru są tak ustalone, że większość sytuacji w plenerze tych wymogów nie spełnia.

Zupełnym paradoksem jest przepis głoszący, że „w czasie pomiaru w miejscu pomiarowym może przebywać tylko właściciel (kierowca) pojazdu i uprawniony diagnosta prowadzący pomiar. Sposób ich zachowania nie może wpływać na wskazania miernika”. Nietrudno zauważyć, że powodzenie badania w całości leży w rękach posiadacza pojazdu.

Do tego musimy mieć również świadomość, jak bardzo powszechny jest proceder usuwania filtrów cząstek stałych i w jak niewielkim stopniu proceder ten jest zwalczany formalnie. Zazwyczaj jeśli nie działa kontrola odgórna, może wystąpić też inicjatywa oddolna – jednakże w Polsce dezaprobata społeczna, która przykładowo dyskwalifikowałaby sprawcę z życia towarzyskiego, jest niemal niezauważalna. Przeciwnie, w sieci krążą porady domorosłych mechaników o konieczności „wypalania filtrów” na prostym odcinku drogi, na czym – oczywiście – cierpi społeczność.

„Trzecia noc z rzędu, zmysły są na baczność – […] zazdrość wypełnia za uśpione miasto” (52 Dębiec)

Jeżeli aplikuje się fale dźwiękowe regularnie co noc, można się spodziewać, że u dotkniętej nimi osoby wystąpi bezsenność. Jeśli dodatkowo osoba ta nie będzie się miała do kogo zwrócić, niechybnie wystąpi frustracja. Skutkiem obu jest dezintegracja zdrowia psychofizycznego z poważnymi skutkami społecznymi.

Bezsenność w początkowej fazie wywołuje m.in. rozdrażnienie, spowolnione reakcje, problemy z logicznym myśleniem i pamięcią, brak zainteresowania otoczeniem. Później dochodzą problemy ze wzrokiem – od pieczenia oczu po halucynacje, zwiększona wrażliwość na ból, trudności w koncentracji, zaburzenie funkcji poznawczych, a czasem – mimo spadku sił fizycznych – pobudzenie i agresywność. Na dalszą metę bezsenność zwiększa ryzyko schorzeń układu krążenia, oddechowego, pokarmowego, moczowego i mięśniowo-szkieletowego oraz niszczy odporność. Pozbawienie snu to pożywka dla psychoz, zaburzeń lękowych, depresji. Jako kompensacje, możliwe są nerwice natręctw, zaburzenia odżywiania i inne złożone wtórne problemy. Spada ogólna jakość życia, cierpią kontakty zawodowe, rodzinne i towarzyskie. Spadek wydajności w pracy to dopiero początek lawiny – bezsenność może przyczynić się nawet do 45% zdarzeń drogowych i 50% wypadków przy pracy. Po części bezsenności przypisuje się katastrofę w Czarnobylu. Do pośrednich kosztów pozbawienia snu należy doliczyć koszty leczenia, które obciążają także kieszeń podatnika.

Frustracja pojawia się wtedy, kiedy nie stajemy na wysokości zadania w zaspokajaniu potrzeb. Jako że bezpieczeństwo, chęć pozostania w zdrowiu i pragnienie należenia do pełnej szacunku i dobroci zbiorowości to najważniejsze potrzeby człowieka, frustracja wynikająca z braku możliwości zabezpieczenia ich dla siebie i najbliższych może być wyniszczająca. Frustrujące jest poczucie osaczenia – świadomość lub wrażenie bycia w zagrożonej mniejszości. Frustracja ma wspólny mianownik z bezsennością: oba zjawiska oparte są na deprywacji. Nic dziwnego, że ma też zbliżone skutki dla zdrowia psychofizycznego.

„Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept” (Coma)

 Jesteśmy w dużej mierze bezbronni wobec hałasu. Zatem życie w wielkich zbiorowościach, bycie zdanym na łaskę i niełaskę poszczególnych przypadkowych lub celowych akustycznych dręczycieli, nie napawa optymizmem. Konieczny jest wzrost świadomości. Niniejsze opracowanie powstało w tym celu. Proszę je udostępniać, uzupełniać, korygować i traktować jako inspirację do samodzielnych badań.