Poniższy tekst to niepublikowane wspomnienia Romana Jerzego Dąbrowskiego, z pierwszych miesięcy po jego przyjeździe do Opola w 1945 roku. To szokująca relacja dotycząca tzw. repatriantów, opisu walki z epidemią tyfusu plamistego, sytuacji w opolskim obozie epidemicznym, współpracy z lekarzami sowieckimi i bałaganie logistycznym na zapleczu frontu ciągnącego na Berlin. Pisownia oryginalna. Zdjęcie autorstwa Stanisława Bobera.

(…) Ciągłe transporty repatriantów, około 20 tys. ludzi koczowało na rampie kolejowej. Dużo ludzi wracało z robót, niewoli, obozów koncentracyjnych – ten stan trwał przez 1,5 roku, do końca 1945 roku.

Przy obecnej ul. Mondrzyka, a potem placu Armii Czerwonej (obecnie plac Kopernika) był targ, gdzie ludność wynosiła i sprzedawała wszystko, co się dało spieniężyć. W okolicznych lasach był jeszcze Wehrwolf (napady, morderstwa). Brak było ludzi do MO, brano wszystkich, stąd wiele rabunków, szabru (również MO), nielegalnych wysiedleń i aresztowań. 

Za pół litra wódki można było od żołnierzy radzieckich kupić różne rzeczy do domu, względnie ubrania. Oczywiście rzeczy te były w większości zrabowane ludności miejscowej. 

Najtrudniejsze problemy ze wczesnymi repatriantami, to tyfus, wszy, brud i głód (w czerwcu wprowadzono kartki na żywność). W zakładach pracy były stołówki, ale nie wypłacano poborów (do końca 1945 r.), nic nie można było kupić.

5 kwietnia w aptece “pod Lwem” w Rynku dwukrotnie wybuchał pożar (podpalenie – nieznany sprawca polał ok. 100 paczek ligniny substancją łatwopalną i podpalił) – dr. Świtała brał czynny udział w gaszeniu. Uratowano partię leków, które zdeponowano w biurze przy ul. Szpitalnej. Wejście do apteki i drzwi dr Światała własnoręcznie zabił deskami. Komendant MO zakwestionował prawo dr. Świtały do ocalonych leków – skutek tego był taki, że 8 kwietnia wojsko sowieckie włamało się do apteki i zabrało wszystkie lekarstwa.

Z relacji dr. Świtały:
“Poszedłem do szpitala. Spotkałem dwóch sowieckich lekarzy. Chodziłem, pytałem o chorych. Tam nie ma ani porządku, ani czystości. Ani lekarza, ani pielęgniarki. Zastałem niechlujstwo do tego stopnia, że zażądałem natychmiastowego usunięcia kur z pokoi. Brudy, nieczystości wszędzie. Zarządziłem sprzątanie – zaczęli zamiatać. Podniósł się taki kurz, że nie było widać niczego. Kazałem skropić podłogę wodą i dopiero zamiatać. Jest tam wszędzie tak dużo paczek, skrzyń i tobołów, że z trudem można się przedostać przez korytarze. Dostęp do łóżek, względnie legowiska jest prawie niemożliwy, a chorzy do badania musieli usiąść na krzesłach. 
Do 25 kwietnia stwierdziłem 19 przypadków zachorowań, względnie podejrzeń o tyfus plamisty, co potwierdziły badania krwi przeprowadzone w rosyjskim szpitalu wojskowym. Dzięki wyjątkowo przyjemnej współpracy i wyrozumieniu ze strony kolegów radzieckich, podjęliśmy następujący, natychmiast realizowany program pracy:
Niedaleko – ok. 200 m od baraków – znajduje się opuszczona willa. Tam urządziliśmy w piwnicy odwszalnię, kąpiel natryskową i ubieralnie. Przed domem, na polu ustawiliśmy rosyjską, parową odwszalnię. Chorych natychmiast przewieziono do kąpieli i dezynsekcji przedmiotów, a następnie przewieziono ich do odległego o 40 km radzieckiego szpitala wojskowego. Przystąpiono natychmiast do odwszenia reszty ludzi z baraków. Po dokonaniu tego procederu ulokowano ich w domach naprzeciwległych, około 100 m za torem kolejowym. Praca ta odbywała się w dalszym ciągu. Jeden barak był odwszony. W międzyczasie stwierdziłem 4 nowe przypadki tyfusu, które ulokowaliśmy w radzieckim szpitalu wojskowym w Opolu. 
Nieszczęśliwi ludzie zostali rozmieszczeni tak, by “każda rodzina miała własne mieszkanie”. Należy przypuszczać, że gdyby nie lekarze radzieccy, byliby oni zgubieni. Niestety często wracali oni do rodziny i znajomych, ponownie zarażając”.

Sytuacja na opolskim dworcu, na skutek ciągłego przybywania nowych transportów, które nie mogły ruszyć dalej na zachód, stała się tak dramatyczna, że 9 maja przybyła do Opola komisja lekarska z Katowic wraz z delegatem ministra zdrowia, by przekonać się o grozie położenia przesiedleńców. Zaraz po przybyciu do Opola cała komisja została aresztowana przez miejscowego milicjanta, mimo że wszyscy członkowie mieli na rękach opaski Czerwonego Krzyża. Po wyjaśnieniu sprawy wysoką komisję zwolniono. Była w takim nastroju, że zrezygnowała z lustracji wagonów i baraków, poprzestając na odwiedzeniu chorych w radzieckim szpitalu wojskowym.

Cztery dni przed przybyciem komisji, 5 maja, radzieccy lekarze przeprowadzili dokładny przegląd “obozu repatriantów” i zarządzili kwarantannę. W opolskim środowisku nikt nie przypuszczał, że zechcą wykazać się taką konsekwencją. Dokładnie po tygodniu, 12 maja, władze radzieckie zażądały ponownej inspekcji okolic dworca wschodniego i poprosiły o sprawozdanie z kroków przeprowadzonych w celu likwidacji epidemii tyfusu plamistego. Sporządzono protokół:
1. Zamiast 20 milicjantów jest ich tylko 13, nie zabezpieczonych w żywność.
2. Pracownicy medyczni nie zostali zaopatrzeni w żywność i nie otrzymują pieniędzy.
3. Zamiast 5 sił medycznych obóz epidemiczny obsługują tylko 3.
4. Wody i światła nie ma. Wodociągi pracowały tylko 11 i 12 maja. 

Produkty przychodziły z opóźnieniem i w małej ilości. Mięso dostarczane przez PUR nie nadawało się do użytku. Funduszu epidemicznego nie utworzono. Wobec tego zarządzono:
1. Dopilnować, by kwarantanny pilnowało 20 milicjantów, by mieli co jeść. 
2. Zatrudnić 5 pracowników medycznych.
3. W ciągu trzech godzin zabezpieczyć pracowników medycznych w żywność i pieniądze.
4. W ciągu dwóch dni utworzyć fundusz epidemiczny i polepszyć jakość i ilość żywności.

Protokół sporządzono w 3 egzemplarzach: 2 w języku rosyjskim i 1 w języku polskim. 
Podpisali: Przedstawiciel armii marszałka Koniewa lek. Sztejman, Przedstawiciel gen. Korownikowa lek. Remierow, Lekarz Powiatowy dr Świtała.

Jest oczywiste, że wojskowe władze radzieckie nie mogły dopuścić do rozszerzenia się epidemii na zapleczu powoli stygnącego frontu. Ludzie przywiezieni do Opola powinni być żywieni i leczeni przez władze polskie, które do problemu repatriantów odnosiły się z nieskrywaną niechęcią. Powołany specjalnie do opieki nad przesiedleńcami Państwowy Urząd Repatriacyjny nie zdawał w Opolu egzaminu. 

Tak więc nie zostało już nawet śladu “wyjątkowo przyjemnej współpracy” z Rosjanami. Ci zarzucali Polakom, a szczególnie lekarzowi powiatowemu, zaniedbanie obowiązków i lekceważenie poważnej sytuacji w obozie epidemicznym. Musiały paść ostre słowa, ponieważ przerażony dr Świtała sporządził czym prędzej “Sprawozdanie specjalne z przebiegu epidemii tyfusu plamistego w obozie repatriantów w Opolu”, w którym stwierdzał:
“Mimo zasadniczo pierwszorzędnej organizacji i rozpoznania epidemii oraz jej zwalczania w obozie repatriantów w Opolu, następuje dalsze gwałtowne pogorszenie i rozszerzenie sięzarazy. Obecnie giną już pierwsze ofiary. Dlaczego tak jest? Otóż ludzie z obozu, po przeprowadzonej dezynfekcji i odwszeniu z nowo wyznaczonych im, doskonałych pomieszczeń murowanych, wracają zaraz do zarażonych baraków. Taka wędrówka jest możliwa, ponieważ miejscowa komenda milicji nie dysponuje rzekomo dostateczną kadrą. Do pilnowania 540 ludzi zapewnia się 2-3 milicjantów. Póki byłem w obozie, przyhamowałem wędrówki. Ledwo jednak się oddaliłem, znów zaczęli chodzić. Doszło w ten sposób do tego, że w szpitalu umieszczono już 45 chorych i 27 podejrzanych. Do 10 maja zanotowałem 19 przypadków śmiertelnych. Ten smutny objaw był podstawą do zwołania wspólnej konferencji z władzami radzieckimi, które pomagają nam wyjątkowo wydatnie.”.

Podczas rozmów z dr Kośnym stwierdziłem, że większość kobiet w całej okolicy jest zgwałconych i kolega zmuszony jest z powodu braku środków lokomocji i sądu w Opolu dokonywać skrobanek bez zezwolenia prokuratora. Akuszerki we wsi nie ma . Polka zmarła. Niemka uciekła. Przy porodach pomaga siła przyuczona.